Jesteś naiwny

…idealizujesz, wierzysz w coś, kreujesz sobie wygląd danej sytuacji, po czym najnormalniej w świecie – przeliczasz się. Dopada Cię wtedy takie smutne uczucie, które w efekcie ciężko nawet nazwać. 

Przywołaj sobie jakieś swoje marzenie. Masz? Dobrze. Teraz, zamiast mojego przykładu wstaw swój.

Załóżmy, że od małego brzdąca marzyłeś o zostaniu DJ’em, czy tam piosenkarzem. Takim Skrillexem czy powiedzmy… Krzysztofem Krawczykiem, eee to znaczy Madonną. Najpierw podziwiałeś ich za muzykę, potem stopniowo oglądałeś jakieś teledyski, relacje z koncertu. Czytałeś o nich. Byłeś bombardowany różnymi plotkami: z kim spał, imprezował, robił selfie… Śledzisz ich na wszystkich możliwych portalach, z nudów przeglądasz ich Instagrama,

Czekaj. Chwila. Instagrama? Wiesz, że ja też mam tam konto, też wrzucam fajne zdjęcia? Dobrze Ci radzę, zaobserwuj: @maja_puente.

a tu selfie z kolegami/przyjaciółmi po fachu. Wspólne melanżyki, świetna zabawa w najlepszych klubach, przed którymi tylko kłębią się fani po autograf czy wspólną fotkę. Po jakimś czasie zaczynasz kreować kolejną osobę w tych relacjach na pudelku, która – nie wiedzieć czemu – jest strasznie podobna do osoby, na którą rankami patrzysz w lustrze.

maja puente modeste

Wydaje Ci się, że życie osób takich jak Madonna, Rihanna czy inna Lady Gaga jest idealne. Koncerty, imprezy, akceptacja…

 

 

Dobra. Masz te, załóżmy, 15 lat, jesteś ambitnym nastolatkiem i zaczynasz wchodzić w biznes. Nagrywasz swoje miksy, piosenki na YouTuba, wrzucasz na SoundClouda. Odnosisz po kolei jakieś mini sukcesy, zaczynasz zbierać wokół siebie jakiś odbiorców. Ale nie zwalniasz tępa, nie dajesz się zachłysnąć tym co masz, chcesz więcej. W końcu wyszedłeś ze swojego przyjemnego, domowego zacisza. Rozruszałeś parę imprez: najpierw domówek, potem szkolnych dyskotek, aż dotarłeś do lokalnego klubu, gdzie męcząc menadżera mailami, telefonami i swoimi kawałkami wreszcie zgodził się na Twój pierwszy występ.

 

Jakiegoś kolejnego dnia, kiedyś tam w najbliższej przyszłości… Trafiasz na stronę meet-upa z Twoim idolem, powiedzmy – Sarsą [Jutro znowu gonić, biec, latać ponad! eee… dobra, mniejsza]. Zwykłe, z pozoru, spotkanie okazuje się być prelekcją z warsztatami. Patrzysz, czytasz dalej. Miejsce spotkania jest osiągalne (czytaj: nie musisz lecieć na drugi koniec Europy czy Świata, wystarczy jakaś godzinka w aucie), data w kalendarzu – wolna, godzina taka, że powinieneś się wyrobić. Bilety! Chwila… Liczba miejsc ograniczona, ale udaje Ci się, rezerwujesz, płacisz, drukujesz w trzydziestu egzemplarzach, żeby mieć stuprocentową pewność, że będziesz mógł wejść.

Wchodzisz. Siadasz. Czekasz.

Zaczyna się. I cały czar pryska. Okazuje się, że Twój wyidealizowany idol wcale nie jest taki super. Jest zarozumiały, wywyższa się, nie jest taki pomocny jak Ci się wydawało i na dodatek telewizja z Photoshopem zdecydowanie zatuszowała mu parę pryszczy i kilogramów.

To uczucie chyba nawet nie ma nazwy. Rozczarowanie, pustka i zawiedzenie – razem. To tak trochę przypomina pęknięcie pięknego, różowego balonika. Niby wiedzieliśmy, że tak się może zdarzyć. Niby nic się nie stało.

Maja Puente