Relacja z koncertu Kevina Mahogany

„Każdy śpiewak myśli, że jest najlepszym balladzistą… Macie dzisiaj szczęście, bo ja naprawdę jestem najlepszy. Naprawdę.” (Kevin Mahogany) Skromność to podstawa.

Nienawidzę pytań o muzykę. Czemu? Nie umiem się określić, bo w zależności od nastroju słucham wszystkiego. No prawie wszystkiego. Nie trawię country i folku. Resztę w zdrowych proporcjach zniosę.

Byłam wczoraj na kameralnym koncercie amerykańskiego jazzmana Kevina Mahogany. Na początku moje nastawienie było sceptyczne, bo moje poprzednie spotkania z taką muzyką, zazwyczaj kończyły się włożeniem słuchawek z top listą Spotify. Im bliżej było do wydarzenia, tym mój sceptyzm słabł.
No i stało się. Przyszłam do kawiarni, zamówiłam przepyszną zieloną herbatę z jaśminem i czekałam. Czekałam, a gwiazda się spóźniała. Wreszcie przyszedł, zrobił szybką próbę z miejscowym pianistą i znowu wyszedł. W efekcie po 30 minutach spóźnienia muzyk doczłapał się na scenę i dźwięki zaczęły się wydobywać z jego strun głosowych. Melomanem nie jestem. Jestem laikiem, nie patrzę na harmonię i dźwięki. Ma mi się podobać i tyle. No i głos Mahogany’ego mi się podobał. I to bardzo. Wprowadzał w bardzo miły i chilloutowy nastrój. Nastrój nastrojem, ale w momencie, gdy muzyka od zawsze jest dla mnie tylko dodatkiem i tłem, rodzi się problem. Czym się zająć? Rozglądałam się więc po publiczności, rozkoszując się ludzką słabością, jaką jest ocenianie ludzi i szufladkowanie ich.
Moją uwagę przyciągnęła grupka hipsterskich „koneserów”, którzy sącząc białe wino genialnie uwalniali wokół siebie melomańską mgiełkę. Czy naprawdę nimi byli – nie wiem. Mówiąc szczerze, nie wyglądali.
Zresztą nikt nie wyglądał na melomana, ale mimo to płyty z autografem rozeszły się jak świeże bułeczki.

|| Chcesz być na bieżąco? Polub fanpage, a będziemy zawsze w stałym kontakcie!

M. P.